Inne oblicze Argentyny

Inne oblicze Argentyny

Artur Boruta
Listopad 2015

Gdy po kilku dniach pobytu w Buenos Aires przyleciałem do Salty, Argentyna zmieniła swoje oblicze. Był 5 listopada. W Buenos było ciepło – wiosna w pełni, ponad dwadzieścia stopni, świeciło słońce. Sądziłem, że cieplej o tej porze roku w tym kraju nie będzie. A w Salcie słupek rtęci dotknął 38°C!

Salta leży na tej samej szerokości geograficznej co Mozambik, Egipt czy Alice Springs, stąd uzasadnione wysokie temperatury nawet wiosną. Miasto jest dość duże (porównywalne z Krakowem), położone na płaskowyżu w otoczeniu Andów. Prowincja nosząca tę samą nazwę, nierozerwalnie związana z północnym regionem Jujuy, tworzy zwarte terytorium o powierzchni ponad 150 tys. km².

Andyjski tygiel

Pozostałości kolonializmu charakterystyczne dla tego regionu są wyraźnie widoczne w różnorodności przybywających tutaj ludzi, którzy zależnie od kultury, w jakiej wyrośli, wnosili do architektury i obyczajów własne, jakże odmienne doświadczenia. Dlatego często na przykład można się natknąć na dwa skrajnie odmienne pod względem stylu i konstrukcji budynki stojące obok siebie – bez zachowania jakichkolwiek zasad porządku architektonicznego. Ze względu na podwyższone ryzyko wstrząsów sejsmicznych wysokość obiektów rzadko przekracza sześć metrów.
Ciekawe są wieczory na ulicach w centrum Salty. Ludzie potrafią się cudownie bawić. Knajpki pełne są autochtonów i turystów. W jednej Bolivianos tańczą wygibasy indiańsko-gauchowskie, a obok młodzi Salteños grają na gitarach i bębnach własne kompozycje (swoisty miks współczesnej muzyki rozrywkowej, flamenco i pieśni turystycznych). Nieopodal ktoś naśladuje Porteños (tak nazywa się tutaj mieszkańców stolicy), tańcząc i śpiewając tango. W wielu miejscowych restauracjach można zobaczyć pokazy tańców regionalnych wywodzących się z tradycji pasterskich, a czasem nawet być zaproszonym do uczestnictwa w nich. Mieszkańcy są sentymentalni, uwielbiają stare rzeczy i mocno się do nich przywiązują. Szczególnie do starych samochodów, których jest mnóstwo na ulicach.
W centrum Salty znajduje się Muzeum Archeologiczne Wysokich Gór, które w zbiorach posiada niezwykłe znalezisko. Są to doskonale zachowane, zmumifikowane ciała trójki inkaskich dzieci, na które natrafiono wysoko w górach podczas jednej z wypraw alpinistycznych. Ze względu na ryzyko utraty „eksponatu” muzeum pokazuje jednocześnie tylko jedną lub dwie postaci.

Święte miasto

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Cafayate znajduje się wyjątkowe miejsce o szczególnym znaczeniu dla tubylców. To święte miasto Quilmes, którego kamienne ruiny zanurzone w lesie kilkusetletnich kaktusów wymownie świadczą o historii i dziedzictwie byłych mieszkańców.
Na miejscu otrzymuje się biuletyn informujący o tym, że organizacja założona przez spadkobierców Nación Diaguita (zrzeszająca plemiona indiańskie wywodzące się z kultur prekolumbijskich) ma pełne prawo chronić El Territorio jako święte miejsce nativos. Celowo używam słowa nativos (tubylcy), gdyż rdzenni mieszkańcy sami mówią o sobie w ten sposób. Niechętnie nazywają się Indianami (w 1492 roku Kolumb nazwał tak napotkanych tutaj ludzi, sądząc, że wylądował w Indiach). Nie są też prawdziwymi autochtonami, bo przecież ich potomkowie przybyli na te ziemie 5 tys. lat temu z Azji.

Hej, przez góry!

Przejażdżka z Salty do Cafayate to dla miłośników fotografowania wyprawa na cały dzień. Zielone pagórki, różowe skały, kamienne postaci, obeliski, groty, a nawet zamki i pałace – tak bawi się natura w północnej Argentynie.
Kolejnym zaskoczeniem był dla mnie wędrowny grajek niczym el mariachi z tytułowej piosenki Desperados. Siedział we wnętrzu jednego z wielkich tworów skalnych przypominających amfiteatr. Półkoliste ułożenie poszczególnych warstw łupków dawało doskonałą akustykę. Ubrany w kaszkiet, z gitarą i piszczałką, w wytartych spodniach, brodaty grał i śpiewał por la sierra yo me voy („jadę przez pasmo górskie”) – utwór o miłości, szczęściu i honorze.

Koza jest dobra na wszystko

Wyobraźmy sobie wspaniałą, długą, krętą drogę, ciągnącą się wśród gór i ostępów, kaktusów i skał, piękną pogodę i romantyczne odludzie. Jest pięknie, ale w końcu do głosu dochodzą przyziemne potrzeby. Gdzieś trzeba się zatrzymać, odpocząć i coś zjeść. I tym miejscem obowiązkowo powinna być Kozia Przystań.
Ni stąd, ni zowąd przy trasie wyrasta zagroda i drewniany budynek otoczony zielenią. Wokół tej klimatycznej knajpki pasą się kozy, podstawowy element tutejszej kuchni. Nawet słynny deser dulce de leche nabiera tutaj nowego wymiaru – też jest de cabras. Wyśmienicie podawana deska serów przyprawia o zawrót głowy. Pięknie podana, woniejąca wszelkimi serowymi aromatami, z dodatkiem ziół, przypraw i starego drewna. Czy jest jeszcze coś, co może urozmaicić tę przygodę? Tak! Butelka treściwego malbeka.

Cafayate

To małe miasteczko jest zazwyczaj pełne ludzi. Znane w całym świecie jako stolica win północnej Argentyny – przez okrągły rok jest oblegane przez turystów. Piękne okolice, a przede wszystkim obecność najsłynniejszych winiarni czynią go szczególną przystanią dla smakoszy wina i kuchni. A winiarnie, jedne z najwyżej położonych na świecie względem poziomu morza, stoją otworem dla przybyszów ze wszystkich stron świata…

Nasze relacje z podróży