INFOLINIA 722 100 224 wycieczka@wine-service.plWine Service Sp. z o.o., ul. Balicka 255, 30-198 Kraków
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Relacja z wyprawy Szlakiem kawy, czekolady i wina przez Amerykę Południową – listopad/grudzień 2019

Kolumbia zachwyca bogactwem koloru, egzotyką i pięknem nawet, gdy wokół wybuchają groźne zamieszki. Te ostatnie niejako wpisane są w burzliwą historię tego niesamowitego, olbrzymiego i bardzo zróżnicowanego kraju, dopiero od niedawna powszechnie dostępnego dla turystów. Jak się okazuje i teraz może być tam różnie, ale po odbytej niedawno podróży zdecydowanie twierdzimy, że wyprawa w tamte strony warta jest podejmowanego ryzyka.

Chociaż bardzo długa i okrutna wojna domowa w Kolumbii oficjalnie zakończyła się w 2016 roku, w kraju co jakiś czas wybuchają zamieszki. Odwiedzając stolicę Kolumbii w listopadzie 2019 roku akurat dane nam było ich doświadczyć. Pokonując drogę z lotniska do kolonialnej dzielnicy Candelaria mijaliśmy wyludnione dzielnice i zdemolowane przystanki autobusowe. Był to dość przygnębiający widok. Jednak następnego dnia o poranku wszystko okazało się jakby złym snem, kiedy dziarsko wyruszyliśmy na zwiedzanie historycznego centrum miasta. Przecudnej urody, bardzo kolorowa, tchnąca spokojem kolonialna dzielnica Candelaria zdawała się zadawać kłam otaczającej, czasami bardzo dalekiej od ideału, rzeczywistości. Tutaj wszystko tchnęło spokojem i zachwycało niepospolitym urokiem i aurą minionej epoki. To, że w stolicy mają miejsce zamieszki można było odczuć obserwując wyjątkowo liczne patrole policji i fakt zamknięcia, ku naszemu ubolewaniu, Muzeum Złota, które w tego typu sytuacjach zwyczajowo staje się niedostępne. Jakoś musieliśmy tę gorzką pigułkę przełknąć. Za to następnego dnia czekała nas moc wrażeń w słynącym z upraw kawy departamencie Risaralda. Jak się wkrótce okazało, nie tylko kawa jest tam wspaniała. Znajduje się tam także jedno z najpiękniejszych miejsc w całym kraju, mianowicie Valle de Cocora. Wspaniały, górzysty, zachwycający soczystą zielenią krajobraz swą niewątpliwą urodą uatrakcyjniają wybujałe palmy woskowe, czyniąc go na swój sposób unikalnym. Po dolinie można przemieszczać się tylko specjalnie przystosowanymi do tego celu, bardzo kolorowymi, a jakże, w końcu to Kolumbia, jeepami. Potem już tylko pieszo lub konno. Atrakcji naprawdę nie brakuje. Położone w pobliżu doliny miasteczko to kolejna urzekająca swoistym pięknem perełka na szlaku – fantastycznie odrestaurowane, przepiękne i kolorowe, utrzymane w jednym stylu Salento to wymarzone miejsce na lunch czy filiżankę znakomitej kolumbijskiej kawy. Pijąc ją wówczas jeszcze nie byliśmy wtajemniczeni w poszczególne etapy powstawania tego niesamowitego naparu, bez którego wielu w ogóle nie wyobraża sobie życia, a już na pewno poranka. Wizyta bowiem na plantacji kawy zaplanowana była dopiero kolejnego dnia. Wtedy od podszewki poznaliśmy proces postępowania z ziarnami kawowca, w efekcie którego powstaje napar zdecydowanie umilający większej części ludzkości życie. Co więcej, zaopatrzeni w chroniące od słońca kapelusze i koszyki udaliśmy się na plantację kawy, by zbierać dojrzałe ziarna! Najfajniejsze było, że niektórzy naprawdę bardzo się zaangażowali i w rekordowym tempie zapełnili swój koszyczek, przekazując potem urobek pani zajmującej się zbieraniem kawy profesjonalnie. Chociaż na plantacji było bardzo klimatycznie, nie mogliśmy tam zatrzymać się dłużej, bo kolejnego dnia czekała na nas z całym arsenałem swych atrakcji Cartagena de Indias, nader słusznie ciesząca się mianem najpiękniejszego miasta kraju. Karaibski, zupełnie wyjątkowy i nie do podrobienia klimat czuć było już opuszczając lotniskowy terminal. Miasto bez dwóch zdań urzeka nieprawdopodobną atmosferą, której nie sposób zapomnieć. Aby trochę odpocząć od nadmiaru wrażeń udaliśmy się też w rejs na jedną z wysp należących do archipelagu Wysp Różańcowych, gdzie można było do woli wylegiwać się na plaży z cudownie białym piaskiem, co jakiś czas zażywając kąpieli w ciepłym, turkusowym morzu. A jak pokazały kolejne dni, wygrzewać się było warto, bo pod względem termicznym Ekwador, będący kolejnym punktem podróży, przesadnie nas nie rozpieszczał. Może przenikliwe zimno i wiatr nie towarzyszą turystom na terenie całego kraju, ale jak dobitnie się przekonaliśmy, podczas wycieczki do Parku Narodowego Cotopaxi, pozwalają się doświadczyć w całej pełni. No, ale wówczas znajdowaliśmy się na wysokości mniej więcej czterech tysięcy metrów, to można było wybaczyć otoczeniu pewne niedogodności klimatyczne. Ale i tak było cudnie, a krajobrazy zupełnie jak nie z tego świata; pozbawione ludzi, za to okraszone stadami dzikich koni i ciekawskich lam. Do tego tajemnicza uroda jego wysokości Cotopaxi – najwyższego czynnego wulkanu świata, co jakiś czas wyłaniającego się spośród mgieł, jakby specjalnie dawkującego swe niezaprzeczalne piękno, pozwalając intruzom tylko momentami je chłonąć. Spędzony w parku dzień zgodnie uznaliśmy za jeden z najbardziej zapadających w pamięć podczas całej wyprawy. Ekwador może jeszcze z produkcji winiarskiej nie słynie, ale jeśli w jakimś kraju jest choćby jedna winiarnia, a w Ekwadorze są dwie, to naturalnie my musimy ją odwiedzić. W Ekwadorze padło na Estancia Chaupi w Yaraqui, gdzie spróbowaliśmy miejscowych win, które nieźle zaskoczyły nas swoim poziomem. A chyba największą ciekawostkę stanowiło wino z uprawianego praktycznie na równiku zimnolubnego, jak wie każdy szanujący się sympatyk wina, pinot noira! Okazało się, że ten kapryśny burgundzki arystokrata jest zupełnie nieprzewidywalny i najwyraźniej ekwadorski klimat mu odpowiada, gdyż powstałe z jego gron wino odebraliśmy jako wysoce zadowalające. Po opuszczeniu Ekwadoru kolejnym etapem naszych południowoamerykańskich peregrynacji był Urugwaj, gdzie odwiedzaliśmy zupełnie inne niż podczas wcześniejszych podróży bodegi. No, może poza Bodegas Carrau, gdzie gościmy przy okazji każdorazowego pobytu nad La Platą, ale jak tu nie odwiedzić Javiera Carrau i nie spróbować jego znakomitych win, jak się już dotarło tak daleko?