Na styku kultur

Dorota Romanowska

Obszar dzisiejszego Wietnamu to niezwykłe terytorium naznaczone z jednej strony licznymi wpływami chińskimi, z drugiej przesycone zapachami pobliskich Indii.

Również niemal stuletnie francuskie panowanie pozostawiło na tych terenach wyraźne ślady. Wszystko to sprawia, że jest się tu czym zachwycić. Tym bardziej, że delektować się można nie tylko znakomitymi potrawami (wietnamska kuchnia przez sporą liczbę entuzjastów uważana jest za najlepszą kuchnię azjatycką), ale również nieprawdopodobnymi krajobrazami, wspaniałą architekturą, doskonałą zieloną herbatą i – co dla wielu może być zaskoczeniem – fantastyczną wietnamską kawą podawaną tradycyjnie ze słodkim skondensowanym mlekiem. Co prawda ogólnodostępna jest informacja o tym, że w Wietnamie od lat uprawia się kawę, a obecnie kraj ten zajmuje drugie miejsce na świecie wśród jej eksporterów, ale nikt z uczestników naszej wycieczki chyba nie przypuszczał, że jej smak i sposób przyrządzania tak bardzo przypadną nam do gustu. Po posiłku nikomu nawet nie było w głowie prosić o espresso; zamiast tego upewnialiśmy się, że dostaniemy wietnamską kawę.

Podczas kilkunastodniowej podróży po tym fascynującym kraju, przypominającym, jak pisze żartobliwie jeden z portali, „bambusowy pręt z dwiema miseczkami ryżu” zdołaliśmy poznać ukształtowaną pod wpływem chińskim kuchnię północy, uczestniczyliśmy w bardzo profesjonalnie prowadzonych warsztatach kulinarnych w Hue, podczas których samodzielnie przygotowaliśmy sobie najprawdziwszy, wielodaniowy lunch typowy dla centralnej części Wietnamu, a na południu raczyliśmy się potrawami suto przyprawionymi papryką chili, które swój charakter zawdzięczają kuchni kambodżańskiej. Trochę gorzej nam poszło z rozsmakowaniem się w wietnamskim winie, chociaż dzielnie zdegustowaliśmy to, co spośród lokalnych wyrobów było do zdobycia. A że powszechnie dostępne było głównie Vang Dalat, w wersji białej i czerwonej, do jego spróbowania ograniczyły się nasze działania. Po kilku próbach zgodnie doszliśmy do wniosku, że wina z wytwórni Dalat są bardzo nierówne – w jednym miejscu całkiem przyzwoite, kosztowane w innym były nie do poznania, chociaż etykieta ewidentnie wskazywała, że powinniśmy mieć do czynienia z winem takim jak wcześniej. Wielce prawdopodobne jest, że te olbrzymie różnice wynikały ze sposobu przechowywania, który najprawdopodobniej bardzo odbiega od ideału. Pomimo francuskiego panowania Wietnam nie przeobraził się w kraj winiarski, a biorąc pod uwagę panujący tu klimat, prawdę mówiąc niespecjalnie powinno to dziwić. W końcu nie wszędzie na świecie musi się robić wino, a brak jego lokalnej wersji bez trudu można sobie zrekompensować wcale dobrym tubylczym piwem czy winami importowanymi, powszechnie dostępnymi w wietnamskich restauracjach. Jedyne, co może wywołać chwilę refleksji u turystów podróżujących głównie do krajów winiarskich, to ich wygórowane ceny. Jednak podczas tej wycieczki dla nas liczyła się głównie kuchnia – to ona była motywem przewodnim naszej wielce urozmaiconej wyprawy. A była ona zróżnicowana pod każdym względem, począwszy od temperatury otoczenia, poprzez zmieniające się krajobrazy, a na charakterze mieszkańców poszczególnych części Wietnamu skończywszy. Zwiedzając Hanoi, opatuleni w zimowe kurtki ze zdziwieniem obserwowaliśmy ulice pełne przycupniętych na plastikowych stołeczkach i nic nie robiących sobie z zimna tubylców raczących się dymiącą zupą pho. W Hue w strugach deszczu, ale za to przy zdecydowanie wyższych temperaturach podziwialiśmy cesarskie grobowce, by wreszcie wygrzać się w promieniach słońca na barwnych i tętniących życiem ulicach Hoi An. W końcowej fazie podróży po Wietnamie – w Sajgonie i delcie Mekongu – przyodzialiśmy charakterystyczne wietnamskie kapelusze, aby tylko dostarczyć sobie choć trochę cienia. Gdy zaś owładnięci chęcią obejrzenia kolejnych nieprawdopodobnych świątyń, przemierzaliśmy w temperaturze 36 stopni kambodżańską dżunglę, z rozrzewnieniem wspominaliśmy rejs po zamglonej zatoce Ha Long. Tam drżąc z zimna kontemplowaliśmy jej niezaprzeczalne piękno z kieliszkiem białego Vang Dalat w ręku, gdyż jego czerwonej wersji nie sposób było zdobyć. To się nazywa poczucie obowiązku!

Nasze relacje z podróży