Wino w rytmie samby

Dorota Romanowska

O tym, że w Brazylii robią wina wiadomo nie od dziś. Może niekoniecznie wszyscy tę wiedzę posiadają, ale spora część zainteresowanych tematem, na pewno.

Dla wielu spośród tych, którzy zdecydowali się owe tereny odwiedzić, niemałym szokiem było okrycie, że fragment Brazylii odpowiedzialny za produkcję winiarską do złudzenia przypomina europejskie regiony uprawy winnej latorośli. W Brazylii tylko zieleń jest jakby bardziej soczysta i bujna; rzeźba terenu natomiast i rozległe winnice jak nic wywołują skojarzenia chociażby z Piemontem.

Są one szczególnie natarczywe, gdy lądujemy w Porto Alegre na południu kraju po spędzeniu kilku dni w Rio de Janeiro, którego charakter i prawdziwie latynoski temperament mieszkańców kreują w podświadomości przybysza zupełnie inny obraz kraju. Właściwie trudno się dziwić, że podróżując po takich terytorialnych kolosach (ponad 8 mln. km2) różnorodność jest tym, co rzuca się w oczy najbardziej. Nie pozostaje nic innego, jak chłonąć otaczającą rzeczywistość wszystkimi zmysłami starając się zapamiętać jak najwięcej.  A w przypadku Rio chyba każdy, kto choć raz je odwiedził, zgodzi się ze stwierdzeniem, że tym, co najmocniej zapada w pamięć jest jego nieprawdopodobne położenie geograficzne. Niewiele jest miast na świecie mogących rywalizować z pierwszą stolicą niepodległej Brazylii pod tym względem.

Najdalej wysunięty na południe kraju stan – Rio Grande do Sul – zaskakuje zarówno swojskim dla Europejczyka krajobrazem jak i klimatem, nader zbliżonym do śródziemnomorskiego. Tym, co go od niego odróżnia, jest większa wilgotność, która to cecha nierzadko sprawia kłopoty licznym tutaj winogrodnikom. Co bardziej ambitni, jak Lidio Carraro, w poszukiwaniu jak najlepszych siedlisk zapędzili się w pobliże granicy urugwajskiej. Nam udało się odwiedzić jego siedzibę mieszczącą się w sąsiedztwie winiarskiej stolicy regionu – rozlokowanego na licznych wzniesieniach miasteczka Bento Gonçalves – by przekonać się, że niektóre brazylijskie wina, choć wciąż jeszcze dosyć słabo znane w świecie, są w stanie przyprawić o szybsze bicie serca. Nader zacne okazały się również wina powstające w Vinícola Salton – u najstarszego producenta w kraju. Wszystkim bardzo przypadła do gustu wizyta w Pousada Don Giovanni, gdzie w iście rodzinnej atmosferze, w towarzystwie gospodarzy, spożyliśmy smaczny obiad popijając tworzonym w posiadłości winem.

W Serra Gaúcha – najważniejszym regionie winiarskim Brazylii – moglibyśmy spędzić spokojnie jeszcze kilka dni, odwiedzając kolejnych producentów, ale na granicy brazylijsko-argentyńskiej czekał na nas jeden z największych cudów natury – nieprawdopodobne wodospady na rzece Iguazú. Dostęp do nich mają obydwa kraje i koniecznie z obydwóch stron trzeba je obejrzeć, gdyż z każdej jawią się w innej odsłonie. Oglądane w styczniu, czyli w porze deszczowej, robią naprawdę ogromne wrażenie. Można powiedzieć, że obejrzeliśmy je bardzo skrupulatnie, bo zarówno z ziemi, z powietrza (helikopter) jak i z wody (łódź motorowa podpływająca pod same wodospady) i zgodnie stwierdziliśmy, że na miano cudu natury bezapelacyjnie zasługują. Nasze bardzo pozytywne doznania w dzień argentyński dodatkowo wzmocnił smakowity akcent – lunch w restauracji El Quincho del Tío Querido w Puerto Iguazú, gdzie w roli głównej wystąpił znakomity stek popijany nie mniej znakomitym argentyńskim malbekiem.

Z niejakim ociąganiem opuszczaliśmy „przywodospadowe” miasteczka, ale trzeba było udać się w dalszą drogę – tym razem do paragwajskiej dżungli, gdzie do dziś podziwiać można pozostałości jezuickich misji. Ten wyjątkowy projekt, wcześniej podejmowany w wielu innych miejscach Ameryki Łacińskiej, największy sukces odniósł w XVII i XVIII wieku na terenach położonych na styku obecnych granic Paragwaju, Argentyny (prowincje Misiones i Corrientes) i Brazylii (Rio Grande do Sul), gdzie z licznych osad (redukcji) utworzono autonomiczne państwo – Chrześcijańską Republikę Indian Guaraní, bezpośrednio podporządkowane królowi Hiszpanii, a nie gubernatorowi Paragwaju. To, co pozostało z Misión de Trinidad czy nigdy niedokończonej Jesús de Tavarangue i dziś robi ogromne wrażenie. Historia państwa Jezuitów jest na tyle fascynująca, że chłonęliśmy ją z wielkim zaciekawieniem, mimo iż z nieba lał się żar, słupek rtęci termometru oscylował w granicach 40 stopni, a o cień w misjach było naprawdę trudno. Funkcjonowanie tej nieprawdopodobnej formacji państwowej dla nas okazało się być jednym z najciekawszych fragmentów historii Ameryki Łacińskiej. Po zwiedzaniu misji został nam już tylko jeden punkt programu – stolica Paragwaju, Asunción; jedna z najstarszych hiszpańskich osad w Ameryce Południowej. To stąd wyruszały kolonialne ekspedycje, które zakładały nowe miasta na podbijanych terenach. Obecnie oblicze starego miasta wywołuje u przybyszów nie lada konsternację, gdyż w jego centralnym punkcie, na Plaza de la Independencia, od dwóch lat kwitną slumsy i nikt nie jest władny przenieść mieszkańców, którzy stracili swe domostwa w wyniku wylewu rzeki, w inne miejsce. Cóż, każdy kraj rządzi się swoimi prawami, ale te paragwajskie wydały się nam wysoce zaskakujące…